czwartek, 18 lipca 2013

~ 2 ~

- Zapisz sobie jeszcze mój nowy numer. Tak na wszelki wypadek - zaproponowała Ivy, podczas gdy zabierałyśmy swoje kurtki z szafek. Podała mi karteczkę ze swoim numerem. Chyba miała słabość do kolorowych samoprzylepnych karteczek, ponieważ rozdawała je każdemu, pod byle pretekstem. - To bądź dzisiaj u mnie wcześniej, przyjdź tak około 17:00, ok? Do zobaczenia! - krzyknęła biegnąc w stronę przystanku autobusowego.
Mam nadzieję, że nie spalę się tam ze wstydu. Oby tylko przyszli tacy ludzie, którzy nie będą zachęcać mnie do rozmowy na siłę, nienawidzę tego. Może się nawet z kimś zaprzyjaźnię. W sumie Ivy była całkiem miła, chociaż lekko zakręcona. Pasowała do mnie stylem, jednak różniła się charakterem.
Nagle usłyszałam klakson, po mojej prawej stronie.
- Sher, wsiadaj. Podwiozę cię! - zobaczyłam, jak zza otwierającego się okna w czarnym Mercedesie GL moja mama macha na mnie ręką. - Szybko, tu jest zakaz zatrzymywania!
Podbiegłam do niej i uchyliłam przednie drzwi pasażera.
- Tak wcześnie dzisiaj skończyłaś?
- Ah, wiesz, wzięłam sobie wolne, żeby spędzić z tobą trochę czasu - i pocałowała mnie w czoło. To było dziwne zachowanie, ponieważ mama nigdy tak nie robiła.
Ruszyłyśmy w stronę domu.
- I jak tam pierwszy dzień w szkole? - spytała. Jakby nagle wszystko ją obchodziło.
- Ujdzie. A u ciebie w pracy?
- Jak zwykle. Mam całkiem miłych, nowych współpracowników. - albo mi się wydaje, albo zauważyłam, jak kąciki jej ust lekko drgnęły. - A twoi koledzy? Zakolegowałaś się już z kimś? Są jacyś fajni chłopcy?
- Mamo! - nienawidziłam tego sposobu wyciągania ze mnie informacji.
- Haha, tak tylko pytam. Dziś na obiad będzie kurczak w sosie. Może być?
- Przepraszam, ale od kiedy ty gotujesz?
- Oj, sama rozumiesz. Zawsze robiła to Martha, jednak teraz musimy sobie radzić same. - stwierdziłam, że nie chce mi się już dłużej z nią gadać. Nie wiem co się stało, że tak się zmieniła. Ciekawe ile ta metamorfoza potrwa. Dzień? Dwa? Zobaczymy.
Na szczęście już dojechałyśmy, więc czym prędzej wpadłam do domu i pobiegłam do pokoju. Zamknęłam drzwi, otworzyłam szafę i zaczęłam przeglądać ciuchy. Było około 15:30, więc zostało mi mało czasu na przygotowanie.
Wyrzuciłam wszystkie ubrania na podłogę i zaczęłam przeglądać. Na szczęście nigdy nie mogłam narzekać na brak ciuchów, zawsze miałam ich pod dostatkiem. Przetrząsnęłam wszystkie spódniczki i natrafiłam na coś, czego jeszcze nigdy nie miałam na sobie, ponieważ nie nadarzyła się nigdy taka okazja. Była to czarna, obcisła spódniczka, bardzo krótka, ale nie dziwkarska. To było to, czego szukałam. Teraz tylko top. Uznałam, że do tego wszystko pasuje, więc wybrałam zwykłą białą koszulę bez rękawów zapinaną na złote guziczki pod samą szyję. A co z butami? Chyba obcasy są odpowiednie. Pożyczę jakieś od siostry. Na szczęście się ociepliło i przestało padać, więc nie musiałam się martwić o ubranie wierzchnie.
Zeszłam na obiad, który stał i stygł na blacie. Od naszego przyjazdu minęło może 15 minut, więc mama na pewno nie zdążyłaby tego ugotować. Zajrzałam do kosza na śmieci. Tak jak się spodziewałam. Styropianowe pudełko z najbliższego baru spoczywało sobie na dnie śmietnika. "Żadna nowość" - pomyślałam. Na lodówce zauważyłam karteczkę, była to krótka informacja od mamy: "Wróciłam do biura, ważna sprawa. Nie czekaj na mnie z kolacją. Mama". Czyli jak zwykle.
Zjadłam obiad, który smakował jakby był z proszku i wróciłam na górę. Przebrałam się w mój imprezowy strój, ale musiałam jeszcze zrobić coś z fryzurą i makijażem. Poszłam do łazienki i stanęłam przed lustrem. Oparłam się o umywalkę, wpatrując się w moje odbicie i zastanawiałam się co tu zrobić. Postanowiłam, że zwiążę włosy w wysoki koński ogon. Na moje szczęście dwa kosmyki przy twarzy swobodnie uwolniły się z uścisku gumki i zwisały przy buzi. Tym razem oczywiście poprawiłam makijaż z rana, ale domalowałam jeszcze cienkie kreski eye linerem na powiekach, tuż nad linią rzęs. Dzięki temu moje oczy były wyraźniejsze. Właściwie byłam gotowa. Kiedy spojrzałam na zegarek była 16:10. Mogłabym już wyjść, ponieważ Ivy mieszka na drugim końcu miasta, ale w tej chwili poczułam motyle w brzuchu, i nie byłam w stanie nic zrobić. Czemu się tak zestresowałam? Nie mam pojęcia.

* * * *

- No hej! - Okrzyk Ivy przywitał mnie już na samym progu. - A już myślałam, że jednak zmienisz zdanie i nie przyjdziesz.
- No co ty, nie mogłam cię zawieść. - powiedziałam. - Ale trochę się stresuję.
- Naprawdę? Mam tu coś, co cię odstresuje. - zapraszającym gestem wskazała mi pierwsze piętro. Jej dom był całkiem ładny, urządzony w drewnie, trochę przypominał kowbojskie mieszkanie.
- To tu. Tu jest mój pokój. - otworzyła drzwi i ukazał mi się świat Ivy. Ten pokój w całości oddawał jej charakter. Pełno było plakatów przystojnych aktorów (między innymi Johnnego Deppa), znanych zespołów, gwiazd i innych postaci.
- Łał.
- Haha, nie przesadzaj. Siadaj na kanapie, zaraz coś ci przyniosę. - i podeszła do komody na drugim końcu pokoju i zaczęła coś wygrzebywać z najniższej szuflady. - Masz.
- Co to? - nie byłam w stanie rozpoznać, co mi oferuje.
- Ty. Nie żartuj, że nie wiesz, co to jest? - była wyraźnie zaskoczona. Jednak wydaje mi się, że moja mina odpowiadała na jej pytanie. - Haha, no nieźle. Nie spodziewałam się.
Usiadła obok mnie, z tylnej kieszeni wyjęła zapalniczkę i podpaliła koniec rurki. Zaciągnęła się, po czym podała mi szklaną rurkę.
- Teraz ty. Weź, tak jakbyś wciągała powietrze. - włożyłam jeden koniec do ust i wciągnęłam dym. Poczułam natychmiast drapanie w gardle i pieczenie w płucach. Zachciało mi się kaszleć. - Haha, dobrze mała. - i sama wzięła jeszcze jeden buch. - Chwytaj jeszcze raz.
Spróbowałam ponownie. Mniej więcej to samo uczucie, ale już mi się nie chciało kaszleć.
- Teraz potrzymaj chwilę ten dym i dopiero wypuść. - posłuchałam jej. - O, pięknie. Dawaj, jeszcze jeden raz i kończymy.
Nie miałam ochoty brać kolejnego bucha, ale zrobiłam to jeszcze raz. Teraz było już całkiem ok. Potem poczułam tylko nieprzyjemny posmak w ustach.
- Wypluj ślinę. Będzie ci lepiej. No i jak się czujesz? - właściwie nie wiedziałam, jak się czuję. Niby normalnie, ale po chwili zauważyłam, tak jakby pokój obracał się w okół mnie.
- Ivy... Co się dzieje? - złapałam ją za rękę, ponieważ nie wiedziałam co się dzieje.
- Haha, no ładnie, ładnie. Poczekaj chwilkę, nie długo ci przejdzie.
Siedziałam tak przez dobre 20 minut, nic nie robiłam. Byłam zbyt przerażona, żeby zrobić cokolwiek. Jeszcze trochę czasu zajęło mi oswojenie się z tym dziwnym stanem. Było mi całkiem dobrze, nie czułam się tak zestresowana jak wcześniej.
- Hej Ivy, a kiedy przyjdzie reszta? Mam nadzieję, że niedługo?
- Haha, będą za chwilę.

* * * *

Rzeczywiście, może Ivy zaprosiła kilka osób, ale z pewnością przyszło więcej niż kilka osób. Było może z 50 ludzi, których wcale nie kojarzyłam. Pamiętałam kilka twarzy z mojej nowej klasy, ale reszta, kompletnie nie znana.
- O, Sherry, chodź tu. To jest Annie Jackson, Jacob Hunt, Kate Morris i Nicholas Hudson. - Ivy przedstawiła mnie grupce ludzi.
- Hej ludzie, Jestem Sherry, ale mówcie mi Sher.
- Cześć, Sher - odezwał się Jacob. - Może wzniesiemy toast za naszą nową koleżankę? - zaproponował grupie. I już po chwili siedzieliśmy w ogrodzie, przy basenie. Rodzice Ivy chyba też nie należeli do ubogich, bo nie każdego stać na wbudowany w ziemię basen. Siedzieliśmy, a Jacob rozlewał wszystkim chętnym wódkę, lub podawał puszki z piwem. Było bardzo sympatycznie, wcale nie czułam się zdenerwowana. Rozmawialiśmy długi czas o tym kto się z kim ostatnio przespał. Widać, że towarzystwo chciało wprowadzić mnie w tajniki życia towarzyskiego, w naszym liceum.
- To co Sher? Zatańczymy? - zaproponował mi Jacob. Wtedy zauważyłam, że Annie spojrzała się na niego z nadzieję. Chyba była zazdrosna, jednak mi było wszystko jedno.
- Chętnie. - wstaliśmy i poszliśmy na prowizoryczny "parkiet". Muzyka grała bardzo głośno, aż dziw, że sąsiedzi nie przyszli. Muzyka, która wydobywała się z głośników przypominała mi muzykę z filmu Projekt X. Założę się, że celowo. Tańczyliśmy, a nasze ciała ocierały się o siebie. Chyba musiałam być już lekko wstawiona, ponieważ na co dzień takich rzeczy nie robiłam.
- Oj, odbijany. - zauważyłam, że podszedł Nicholas. Musiał zamienić się z Jacobem, chociaż widziałam, że on niechętnie ode mnie odchodzi. Chyba na mnie leciał. - No i jak ci się u nas podoba? - zapytał Nicholas.
- Mogę ci mówić "Nick"? Byłoby łatwiej.
- Pewnie. - potwierdził i uśmiechnął się łobuzersko. Był całkiem przystojny, miał błękitne oczy i blond włosy. Aczkolwiek wolałam szatynów lub brunetów, ale Nick też mi się podobał. Był wysoki, około 185/190 cm wzrostu, dobrze zbudowany, jak każdy chłopak w tym wieku. - No więc co sądzisz o Columbii?
- No, całkiem ok, ale i tak w San Diego było o wiele lepiej.
- Też bym wolał tam mieszkać. Słońce, upał. Piękna pogoda. To jest to.
Gadaliśmy i tańczyliśmy jeszcze przez parę minut, ale nagle muzyka się wyłączyła, bo obok nas wybuchła bójka. Dwóch chłopaków, których wcale nie kojarzyłam. Kotłowali się nieźle, kiedy nagle ja, Nick i jeszcze parę innych osób zostało zepchniętych prosto do basenu.
- Do cholery, pojebańce! - wkurzył się mój partner. - Ogarnijcie dupy!
Oczywiście wszyscy pozostali zaczęli robić nam zdjęcia śmiejąc się w niebo głosy. Szybko wyszłam z basenu i pobiegłam do łazienki. Kiedy spojrzałam w lustro cały makijaż spływał mi po policzkach. Urwałam kawałek papieru toaletowego i wytarłam twarz. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi.
- Mogę? - to był Nick. Też był cały przemoczony. Jego mokry t-shirt teraz idealnie opinał jego umięśnioną klatkę piersiową. To był ładny widok.
- Pewnie. Tylko, nie patrz na moją twarz.
- Nie żartuj, wyglądasz pięknie, tak jak wcześniej. - podszedł i odgarnął mi przyklejony kosmyk z czoła. Nie czułam się wcale skrępowana. To na pewno przez alkohol. Nigdy się nie upiłam, więc miałam słabą głowę. Gdybym była trzeźwa z całą pewnością uciekłabym gdzie pieprz rośnie.
- No co ty opowiadasz. - powiedziałam. Nagle Nick objął dłońmi moją twarz. Nie przeszkadzało mi to, ponieważ czułam się podniecona jego bliskością. W tej samej chwili poczułam jak jego usta dotykają moich. Miał ciepłe i miękkie wargi. Jego język połączył się z moim językiem i zaczęliśmy namiętnie się całować. Po chwili posadził mnie na umywalce i przycisnął do siebie. Tak bardzo mnie to podniecało. Jedną ręką zaczął rozpinać mi koszulę i dostał się do mojego stanika. Nigdy nie uważałam, że mam mały biust, więc nie miałam się czego wstydzić. Palcem zaczął muskać mój sutek, nie powiem, poczułam nieodpartą przyjemność. Nigdy nie czułam się tak cudownie. Zrobiło mi się gorąco, jakby cała krew uderzyła mi do twarzy. Było wspaniale.
"Puk, puk" - usłyszeliśmy.

~

Myślicie, że Sherry będzie z Nickiem, czy jednak stwierdzi, że woli być z Jacobem? :D Komentujcie!

~ 1 ~

Chciałam, żeby był to kolejny dzień, jak co dzień. Jednak mglisty, poniedziałkowy poranek nie zapowiadał się szczególnie dobrze. Kiedy budzik zadzwonił o 6:40 mozolnie wcisnęłam drzemkę. Chciałam dzisiaj nie iść do szkoły, zrobić sobie dzień wolnego i po chwili zdałam sobie sprawę, że dziś pierwszy dzień w nowej szkole. Tym bardziej miałam ochotę zawinąć się w pościeli i nałożyć poduszkę na głowę, alby nikt mnie nie znalazł. Niestety, moja mama dopilnowała, żebym była gotowa na czas.
- Sher, skarbie, wstawaj. - powitał mnie jej cudownie przesłodzony głos, podczas gdy otwierała drzwi do mojego pokoju - Spóźnisz się na pierwszą lekcję.
Podeszła do okna i odsłoniła żaluzje, wpuszczając do wnętrza pokoju szarawe, przyćmione światło słoneczne. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?
- Taa, już wstaję. - zdecydowałam, że i tak nie wygram z siłą perswazji mojej mamy, więc postanowiłam wstać, póki jeszcze nie była zdenerwowana.
Zwlokłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki na drugim końcu korytarza, który mierzył chyba z kilometr. Nie mam pojęcia po co moja matka kupiła taki wielki dom dla nas trzech. Poza tym Susanne pewnie i tak niedługo się wyprowadzi, więc zostaniemy we dwie. Chyba nie miała co robić z kasą.
Kiedy stanęłam przed lustrem, stwierdziłam, że wyglądam jeszcze gorzej niż zwykle. Weszłam pod prysznic i przycisnęłam przycisk na jakimś dziwnym pulpicie przyczepionym do ściany. Oczywiście nie można było zamontować zwyczajnych baterii łazienkowych, tylko skusić się na nie wiadomo jak wymyślne technologiczne rozwiązania.
Na szczęście trafiłam na dobry guzik i z prysznica poleciała ciepła woda. Wprost idealna, aż nie chciało się wychodzić. Nałożyłam szampon na włosy i zaczęłam wmasowywać. Stałam pod gorącym strumieniem i miałam nadzieję, że ta chwila nigdy się nie skończy, ponieważ czułam się coraz bliżej wyjścia do szkoły.
Po 10 minutach uznałam, że najwyższa pora skończyć kąpiel. Wytarłam włosy, zawijając je w turban z ręcznika. Zrobiłam mój codzienny makijaż - pomalowałam rzęsy, nałożyłam trochę podkładu i pudru, który chociaż częściowo mógłby zamaskować piegi na nosie i policzkach. I tyle. Nie lubiłam się mocno malować, ponieważ wychodziłam z założenia, że dziewczyny z kilogramem tapety na twarzy nadawały się jedynie do stania na ulicy pod latarnią, czekając na klienta, który zapłaci im stówę za zrobienie mu laski. Rozpuściłam włosy i podłączyłam suszarkę do kontaktu. Po kilku minutach moje włosy były już suche.
Owinęłam się drugim ręcznikiem i ruszyłam z powrotem do mojego pokoju. Otworzyłam szafę i spotkał mnie kolejny problem. Co założyć, żeby wyglądać odpowiednio na pierwszy dzień w nowej szkole?
- Weź to - odwróciłam się w stronę drzwi, w których stanęła moja starsza siostra. Zawsze zazdrościłam jej figury, ponieważ wyglądała jak modelka. Była tylko trzy lata starsza ode mnie, ale wyglądała o wiele doroślej. Podała mi swoją granatową spódniczkę przed kolano, rozszerzającą się ku dołowi. Podeszła do mojej szafy i zaczęła wyciągać ciuchy, które mogłaby dopasować do kompletu.
W końcu, kiedy ostatecznie stanęłam przed lustrem, wyglądałam jak dokładna kopia mojej siostry. Zawsze byłyśmy niemal identyczne. Obie odziedziczyłyśmy włosy po mamie, tylko, że my zwykle nosiłyśmy je rozpuszczone, więc proste, kasztanowe kosmyki sięgały nam prawie do pasa. Jedyna różnica między mną, a moją siostrą była taka, że ja nosiłam przedziałek po lewej, a ona po prawej. Do tego miałyśmy takie same oczy jak nasz ojciec, czyli czarne jak węgiel. To była jedna rzecz, która wyróżniała nas od innych, ponieważ rzadko spotykało się osobę o tak ciemnych oczach.
Miałam na sobie białą błękitną bluzkę z krótkim rękawem w granatowe kwiatki, do tego długi, biały koronkowy sweterek bez rękawów. Bluzka była wpuszczona w siostrzaną spódniczkę, a cały strój był spięty cienkim, brązowym paskiem. Jako dodatek, Susanne poradziła mi, żebym założyła zakolanówki, a na nogi krótkie, skórzane kozaczki. Czułam się jak z jakiegoś serialu dla nastolatek, ale w sumie podobało mi się to jak wyglądałam.
- Łał, dzięki. Świetny strój - powiedziałam, obracając się przed lustrem. Uścisnęłam siostrę.
- Nie ma za co, wiem co czujesz, też tak miałam, kiedy zmieniałam szkołę cztery lata temu. Mam nadzieję, że sobie poradzisz.
- Pamiętam, jak to przeżywałaś. - przypomniałam.
Zeszłyśmy na dół do nowiutkiej kuchni. Oczywiście mama uznała, że nie opłaca się kupować stołu kuchennego, bo tylko zagraci przestrzeń, więc musimy jeść przy wysepce kuchennej na małych, obrotowych, barowych taboretach. W tym samym momencie obie poczułyśmy zapach świeżo palonej kawy. To dziwne, bo to zawsze któraś z nas musiała parzyć kawę dla mamy. Usiadłyśmy na krzesłach, a już czekały na nas talerze z jajecznicą i bekonem, a w kubku parowała świeżutka kawa.
- Mamo, co ci się stało? - spytałam z niedowierzaniem.
- A, tak jakoś postanowiłam umilić wam pierwszy dzień w nowym domu. - oczywiście, wszystko fajnie, miło, ale nie można było nie zauważyć, że mama już latała w pośpiechu popijając kawę i nadgryzając tosta. - No, dalej, zaraz musimy wychodzić, jeśli wszystkie nie chcemy się spóźnić.
- Ja dziś jadę autobusem. Stwierdziłam, że chcę sprawdzić jak samemu dojechać do szkoły. Autobus mam za 10 minut. - skłamałam. Tak naprawdę, według planu lekcji, który dostałam faxem, dzisiaj zaczynałam o 9:00 i postanowiłam przejść się piechotą. Miałam do szkoły dobre 3 kilometry, więc i tak musiałam wyjść wcześniej, ale nie mogłam powiedzieć mamie prawdy, bo wiem, że zaraz by mi zabroniła iść, ponieważ według niej było chłodno i padał deszcz.
- A, no to w takim razie, my z Susanne lecimy. - W biegu chwyciła swój neseser z plakietką "Eveline Wilson-Evans. Sędzia sądu okręgowego". Mama mimo rozwodu nie zrezygnowała z nazwiska ojca. Pewnie wciąż liczyła, że do niej wróci. - Do zobaczenia.
- Powodzenia. - szepnęła mi siostra, po czym ścisnęła mnie za rękę i wybiegła za mamą.
Na reszcie chwila spokoju. Zabrałam ze stołu swój talerz i wyrzuciłam śniadanie do kosza na śmieci. Miałam taki ściśnięty żołądek, że nie byłam w stanie niczego zjeść. Usiadłam z powrotem na taborecie i oparłam głowę na dłoniach. Trzy głębokie oddechy i byłam gotowa. Wyszłam do korytarza, założyłam wcześniej wymienione kozaczki, narzuciłam skórzaną kurtkę, chwyciłam torbę z książkami i wyszłam z domu.
- Do kurwy nędzy, rusz się! - zdenerwowana zaklęłam pod nosem. Męczyłam się z zamykaniem drzwi, ponieważ zamek nie był jeszcze wyrobiony i ciężko było obrócić klucz. Wreszcie. udało mi się. Schowałam pęczek do kieszeni w torbie, włożyłam słuchawki w uszy nastawiając w telefonie piosenkę Paramore - Ignorance i zaczęłam iść do szkoły.

 * * * *

- Pierwszą lekcje masz w sali numer 24, złotko. O, weź tę mapkę, żebyś bez problemu trafiła. - przemiła sekretarka dała mi świstek papieru. Była to starsza pani, która znała moją mamę, z czasów, kiedy ona chodziła do tej szkoły. Jeszcze rok temu nawet nie wiedziałam, że mama wychowała się tutaj, Manchesterze, a teraz ja uczyłam się w jej starej szkole. - Twój nauczyciel od angielskiego, a za razem wychowawca nazywa się profesor James Douglas. Na pewno go polubisz, uroczy mężczyzna.
W tej chwili zadzwonił dzwonek na lekcję. Tak bardzo miałam nadzieję, że jednak nie zadzwoni, a ja obudzę się w moim starym łóżku zdając sobie sprawę, że był to tylko zły sen. A jednak tak się nie zdarzyło.
Opuściłam pokoik pani Matildy Bishop i podążając za mapką szłam do docelowej klasy. W tym momencie powinna zdarzyć się sytuacja typowo filmowa, w której roztargniona wpadam na najprzystojniejszego chłopaka w szkole, a on nie odrywając wzroku od moich oczu pomaga mi zebrać książki z podłogi. Za dużo bym chciała. Bez problemu trafiłam do sali numer 24 i zapukałam do drzwi. Otworzył je mężczyzna w średnim wieku, który nieprawdopodobnie przypominał mojego tatę, tyle że miał okulary i trochę krótsze włosy.
- Właśnie o tej prześlicznej dziewczynie wam mówiłem. - zwrócił się do reszty klasy. - Oto Sherry Evans, która przyjechała do naszego wspaniałego miasta prosto z Bristolu. Czyż nie cudownie jest tam, w twoich rodzinnych okolicach? Zawsze marzyłem, żeby wyjechać tam na wakacje, ale sami rozumiecie, pensja nauczycielska nie pozwala na takie szaleństwa. Za pewne popełniłbym głupstwo, każąc mówić ci coś o sobie, uwierz, wiem, jakie to żenujące, dlatego usiądź na miejscu, ja o tobie opowiem. - lekko przerażona spojrzałam na nauczyciela, podczas gdy on uśmiechnął się tak szeroko, że było mu widać wszystkie zęby. - Haha, oczywiście żartowałem, moja droga. Sama przedstawisz się temu, komu będziesz chciała.
Uśmiechnęłam się nieznacznie, po czym znalazłam jedyne wolne miejsce obok dziewczyny, na pierwszy rzut oka bardzo szczupłej (choć w rzeczywistości taka nie była), z blond włosami skręconymi w małe sprężynki.
- Hej - szepnęłam i usiadłam
- Cześć!!! Jestem Ivy Donalds! Miło cię widzieć, Bristol jest bliżej Londynu, czy Birmingham? Nie wiem, zawsze mi się to myli. - rozentuzjazmowana dziewczyna zaczęła nawijać, zupełnie nie przejmując się że trwa lekcja.
- Mniej więcej tu i tu tak samo.
- Ah, no tak! Racja. - klepnęła się w czoło z taką siłą, że wszystkie kosmyki zaczęły jej oddzielnie falować we wszystkie strony. Wtedy zobaczyłam jakie piękne, duże, błękitne oczy posiada. - Oj, coś widzę, że za rozmowna to ty nie jesteś. No nic, mam nadzieję, że przyjdziesz dzisiaj na imprezę do mojego domu? Zaprosiłam kilka osób z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Masz, to mój adres.
Na kartce widniał napis:
Ivy Donalds. Lincoln St 34. Zapraszam na najwspanialszą imprezę tego roku, xoxo.
Dziwne, najwspanialsza impreza roku, a podobno zaprosiła tylko kilka osób...

~
I co sądzicie? Podoba Wam się to opowiadanie, jak dotychczas? :D

środa, 17 lipca 2013

~ Wprowadzenie ~

Zawsze myślałam, że gorzej być już nie może. Jednak w ciągu ostatniego miesiąca moje poglądy diametralnie się zmieniły.
Kiedy mama poinformowała mnie, że przeprowadzamy się na drugi koniec kraju, wpadłam w szał. Chociaż nie, najpierw to było coś w stylu niedowierzania, z nutką rozbawienia. Byłam przekonana, że mama żartuje. A jednak, nie kłamała. Naprawdę miała zamiar wyprowadzić się razem ze mną i moją starszą siostrą z Bristolu, na przedmieścia Manchesteru.
Musiałam to przeżyć, nie było innej opcji. Moja mama słynęła ze stanowczości i surowości od momentu, kiedy tata pół roku temu postanowił zostawić ją razem z dziećmi i odszedł do dużo młodszej, ponieważ była maksymalnie 3 lata starsza ode mnie, seksownej blondynki, po niejednej operacji plastycznej ust i biustu. Pewnie robili "to" przy każdej napotkanej okazji, w naszym starym domu, w łóżku, w wannie, pod prysznicem i na stole kuchennym, przy którym nie raz jedliśmy razem śniadanie.
Victor Evans - prawnik, który sam był swoim pełnomocnikiem podczas rozwodu. Sam w swoim wniosku o rozwód uwzględnił to, że nie chce sprawować opieki nad swoimi córkami. Jego nowa partnerka nie chciała pewnie wychowywać dziewczyn, prawie w swoim wieku. Po tym co zrobił mój ojciec można go łatwo określić dwoma słowami - dupek i tchórz.
Chociaż szczerze mówiąc, trochę mu się nie dziwię. Jest przystojnym facetem, przypominającym trochę grubszego Pierce'a Brosnana, z dłuższymi, szpakowatymi włosami. Na pewno nie jedna z moich rówieśniczek masturbowała się myśląc o nim.
Za to moja mama, Eveline Wilson-Evans, to zupełne przeciwieństwo. Sędzia, kobieta pracująca, więcej czasu spędzała w kancelarii, niż w domu. Wysoka, szczupła, wręcz wychudzona, pani, o bladej cerze, kasztanowych, prostych włosach, które zwykle spinała w staroświecki kok, orzechowych oczach, które otaczały okulary w cienkich, czarnych oprawkach. Można powiedzieć, że swoim wyglądem idealnie wpasowywała się w stereotyp "kobiety biznesu". Nie wiem, czy była ładna. To przez te okulary i ten swój "mundurek" składający się z obcisłej czarnej garsonki, białej koszuli z wymyślnym kołnierzykiem oraz czarnej spódnicy za kolano, z dziesięciocentymetrowym rozporkiem po boku, do kompletu z garsonką. Do tego oczywiście nie mogło zabraknąć czarnych butów z klamerką na niskim, grubym obcasie. Wyglądała o wiele starzej (a miała dopiero 39 lat) oraz mniej atrakcyjnie. Właściwie to wcale nie była pociągająca.
Poznała się z moim ojcem na studiach, a mając 19 lat zaszła z nim w ciążę. Dziwne że jeszcze wtedy jej nie zostawił...
Po dziewięciu miesiącach urodziła się moja siostra Susanne. Wtedy nie mieli innego wyjścia, musieli się pobrać, bo jakby to w tamtych czasach wyglądało - dziewczyna z nieślubnym dzieckiem. Może byli wtedy w sobie zakochani, ponieważ trzy lata później, w 1995 r urodziłam się ja - Sherry Evans.