czwartek, 18 lipca 2013

~ 1 ~

Chciałam, żeby był to kolejny dzień, jak co dzień. Jednak mglisty, poniedziałkowy poranek nie zapowiadał się szczególnie dobrze. Kiedy budzik zadzwonił o 6:40 mozolnie wcisnęłam drzemkę. Chciałam dzisiaj nie iść do szkoły, zrobić sobie dzień wolnego i po chwili zdałam sobie sprawę, że dziś pierwszy dzień w nowej szkole. Tym bardziej miałam ochotę zawinąć się w pościeli i nałożyć poduszkę na głowę, alby nikt mnie nie znalazł. Niestety, moja mama dopilnowała, żebym była gotowa na czas.
- Sher, skarbie, wstawaj. - powitał mnie jej cudownie przesłodzony głos, podczas gdy otwierała drzwi do mojego pokoju - Spóźnisz się na pierwszą lekcję.
Podeszła do okna i odsłoniła żaluzje, wpuszczając do wnętrza pokoju szarawe, przyćmione światło słoneczne. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?
- Taa, już wstaję. - zdecydowałam, że i tak nie wygram z siłą perswazji mojej mamy, więc postanowiłam wstać, póki jeszcze nie była zdenerwowana.
Zwlokłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki na drugim końcu korytarza, który mierzył chyba z kilometr. Nie mam pojęcia po co moja matka kupiła taki wielki dom dla nas trzech. Poza tym Susanne pewnie i tak niedługo się wyprowadzi, więc zostaniemy we dwie. Chyba nie miała co robić z kasą.
Kiedy stanęłam przed lustrem, stwierdziłam, że wyglądam jeszcze gorzej niż zwykle. Weszłam pod prysznic i przycisnęłam przycisk na jakimś dziwnym pulpicie przyczepionym do ściany. Oczywiście nie można było zamontować zwyczajnych baterii łazienkowych, tylko skusić się na nie wiadomo jak wymyślne technologiczne rozwiązania.
Na szczęście trafiłam na dobry guzik i z prysznica poleciała ciepła woda. Wprost idealna, aż nie chciało się wychodzić. Nałożyłam szampon na włosy i zaczęłam wmasowywać. Stałam pod gorącym strumieniem i miałam nadzieję, że ta chwila nigdy się nie skończy, ponieważ czułam się coraz bliżej wyjścia do szkoły.
Po 10 minutach uznałam, że najwyższa pora skończyć kąpiel. Wytarłam włosy, zawijając je w turban z ręcznika. Zrobiłam mój codzienny makijaż - pomalowałam rzęsy, nałożyłam trochę podkładu i pudru, który chociaż częściowo mógłby zamaskować piegi na nosie i policzkach. I tyle. Nie lubiłam się mocno malować, ponieważ wychodziłam z założenia, że dziewczyny z kilogramem tapety na twarzy nadawały się jedynie do stania na ulicy pod latarnią, czekając na klienta, który zapłaci im stówę za zrobienie mu laski. Rozpuściłam włosy i podłączyłam suszarkę do kontaktu. Po kilku minutach moje włosy były już suche.
Owinęłam się drugim ręcznikiem i ruszyłam z powrotem do mojego pokoju. Otworzyłam szafę i spotkał mnie kolejny problem. Co założyć, żeby wyglądać odpowiednio na pierwszy dzień w nowej szkole?
- Weź to - odwróciłam się w stronę drzwi, w których stanęła moja starsza siostra. Zawsze zazdrościłam jej figury, ponieważ wyglądała jak modelka. Była tylko trzy lata starsza ode mnie, ale wyglądała o wiele doroślej. Podała mi swoją granatową spódniczkę przed kolano, rozszerzającą się ku dołowi. Podeszła do mojej szafy i zaczęła wyciągać ciuchy, które mogłaby dopasować do kompletu.
W końcu, kiedy ostatecznie stanęłam przed lustrem, wyglądałam jak dokładna kopia mojej siostry. Zawsze byłyśmy niemal identyczne. Obie odziedziczyłyśmy włosy po mamie, tylko, że my zwykle nosiłyśmy je rozpuszczone, więc proste, kasztanowe kosmyki sięgały nam prawie do pasa. Jedyna różnica między mną, a moją siostrą była taka, że ja nosiłam przedziałek po lewej, a ona po prawej. Do tego miałyśmy takie same oczy jak nasz ojciec, czyli czarne jak węgiel. To była jedna rzecz, która wyróżniała nas od innych, ponieważ rzadko spotykało się osobę o tak ciemnych oczach.
Miałam na sobie białą błękitną bluzkę z krótkim rękawem w granatowe kwiatki, do tego długi, biały koronkowy sweterek bez rękawów. Bluzka była wpuszczona w siostrzaną spódniczkę, a cały strój był spięty cienkim, brązowym paskiem. Jako dodatek, Susanne poradziła mi, żebym założyła zakolanówki, a na nogi krótkie, skórzane kozaczki. Czułam się jak z jakiegoś serialu dla nastolatek, ale w sumie podobało mi się to jak wyglądałam.
- Łał, dzięki. Świetny strój - powiedziałam, obracając się przed lustrem. Uścisnęłam siostrę.
- Nie ma za co, wiem co czujesz, też tak miałam, kiedy zmieniałam szkołę cztery lata temu. Mam nadzieję, że sobie poradzisz.
- Pamiętam, jak to przeżywałaś. - przypomniałam.
Zeszłyśmy na dół do nowiutkiej kuchni. Oczywiście mama uznała, że nie opłaca się kupować stołu kuchennego, bo tylko zagraci przestrzeń, więc musimy jeść przy wysepce kuchennej na małych, obrotowych, barowych taboretach. W tym samym momencie obie poczułyśmy zapach świeżo palonej kawy. To dziwne, bo to zawsze któraś z nas musiała parzyć kawę dla mamy. Usiadłyśmy na krzesłach, a już czekały na nas talerze z jajecznicą i bekonem, a w kubku parowała świeżutka kawa.
- Mamo, co ci się stało? - spytałam z niedowierzaniem.
- A, tak jakoś postanowiłam umilić wam pierwszy dzień w nowym domu. - oczywiście, wszystko fajnie, miło, ale nie można było nie zauważyć, że mama już latała w pośpiechu popijając kawę i nadgryzając tosta. - No, dalej, zaraz musimy wychodzić, jeśli wszystkie nie chcemy się spóźnić.
- Ja dziś jadę autobusem. Stwierdziłam, że chcę sprawdzić jak samemu dojechać do szkoły. Autobus mam za 10 minut. - skłamałam. Tak naprawdę, według planu lekcji, który dostałam faxem, dzisiaj zaczynałam o 9:00 i postanowiłam przejść się piechotą. Miałam do szkoły dobre 3 kilometry, więc i tak musiałam wyjść wcześniej, ale nie mogłam powiedzieć mamie prawdy, bo wiem, że zaraz by mi zabroniła iść, ponieważ według niej było chłodno i padał deszcz.
- A, no to w takim razie, my z Susanne lecimy. - W biegu chwyciła swój neseser z plakietką "Eveline Wilson-Evans. Sędzia sądu okręgowego". Mama mimo rozwodu nie zrezygnowała z nazwiska ojca. Pewnie wciąż liczyła, że do niej wróci. - Do zobaczenia.
- Powodzenia. - szepnęła mi siostra, po czym ścisnęła mnie za rękę i wybiegła za mamą.
Na reszcie chwila spokoju. Zabrałam ze stołu swój talerz i wyrzuciłam śniadanie do kosza na śmieci. Miałam taki ściśnięty żołądek, że nie byłam w stanie niczego zjeść. Usiadłam z powrotem na taborecie i oparłam głowę na dłoniach. Trzy głębokie oddechy i byłam gotowa. Wyszłam do korytarza, założyłam wcześniej wymienione kozaczki, narzuciłam skórzaną kurtkę, chwyciłam torbę z książkami i wyszłam z domu.
- Do kurwy nędzy, rusz się! - zdenerwowana zaklęłam pod nosem. Męczyłam się z zamykaniem drzwi, ponieważ zamek nie był jeszcze wyrobiony i ciężko było obrócić klucz. Wreszcie. udało mi się. Schowałam pęczek do kieszeni w torbie, włożyłam słuchawki w uszy nastawiając w telefonie piosenkę Paramore - Ignorance i zaczęłam iść do szkoły.

 * * * *

- Pierwszą lekcje masz w sali numer 24, złotko. O, weź tę mapkę, żebyś bez problemu trafiła. - przemiła sekretarka dała mi świstek papieru. Była to starsza pani, która znała moją mamę, z czasów, kiedy ona chodziła do tej szkoły. Jeszcze rok temu nawet nie wiedziałam, że mama wychowała się tutaj, Manchesterze, a teraz ja uczyłam się w jej starej szkole. - Twój nauczyciel od angielskiego, a za razem wychowawca nazywa się profesor James Douglas. Na pewno go polubisz, uroczy mężczyzna.
W tej chwili zadzwonił dzwonek na lekcję. Tak bardzo miałam nadzieję, że jednak nie zadzwoni, a ja obudzę się w moim starym łóżku zdając sobie sprawę, że był to tylko zły sen. A jednak tak się nie zdarzyło.
Opuściłam pokoik pani Matildy Bishop i podążając za mapką szłam do docelowej klasy. W tym momencie powinna zdarzyć się sytuacja typowo filmowa, w której roztargniona wpadam na najprzystojniejszego chłopaka w szkole, a on nie odrywając wzroku od moich oczu pomaga mi zebrać książki z podłogi. Za dużo bym chciała. Bez problemu trafiłam do sali numer 24 i zapukałam do drzwi. Otworzył je mężczyzna w średnim wieku, który nieprawdopodobnie przypominał mojego tatę, tyle że miał okulary i trochę krótsze włosy.
- Właśnie o tej prześlicznej dziewczynie wam mówiłem. - zwrócił się do reszty klasy. - Oto Sherry Evans, która przyjechała do naszego wspaniałego miasta prosto z Bristolu. Czyż nie cudownie jest tam, w twoich rodzinnych okolicach? Zawsze marzyłem, żeby wyjechać tam na wakacje, ale sami rozumiecie, pensja nauczycielska nie pozwala na takie szaleństwa. Za pewne popełniłbym głupstwo, każąc mówić ci coś o sobie, uwierz, wiem, jakie to żenujące, dlatego usiądź na miejscu, ja o tobie opowiem. - lekko przerażona spojrzałam na nauczyciela, podczas gdy on uśmiechnął się tak szeroko, że było mu widać wszystkie zęby. - Haha, oczywiście żartowałem, moja droga. Sama przedstawisz się temu, komu będziesz chciała.
Uśmiechnęłam się nieznacznie, po czym znalazłam jedyne wolne miejsce obok dziewczyny, na pierwszy rzut oka bardzo szczupłej (choć w rzeczywistości taka nie była), z blond włosami skręconymi w małe sprężynki.
- Hej - szepnęłam i usiadłam
- Cześć!!! Jestem Ivy Donalds! Miło cię widzieć, Bristol jest bliżej Londynu, czy Birmingham? Nie wiem, zawsze mi się to myli. - rozentuzjazmowana dziewczyna zaczęła nawijać, zupełnie nie przejmując się że trwa lekcja.
- Mniej więcej tu i tu tak samo.
- Ah, no tak! Racja. - klepnęła się w czoło z taką siłą, że wszystkie kosmyki zaczęły jej oddzielnie falować we wszystkie strony. Wtedy zobaczyłam jakie piękne, duże, błękitne oczy posiada. - Oj, coś widzę, że za rozmowna to ty nie jesteś. No nic, mam nadzieję, że przyjdziesz dzisiaj na imprezę do mojego domu? Zaprosiłam kilka osób z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Masz, to mój adres.
Na kartce widniał napis:
Ivy Donalds. Lincoln St 34. Zapraszam na najwspanialszą imprezę tego roku, xoxo.
Dziwne, najwspanialsza impreza roku, a podobno zaprosiła tylko kilka osób...

~
I co sądzicie? Podoba Wam się to opowiadanie, jak dotychczas? :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz